Home » Boks » Ciekawostki » Koniec Steve’a Cunninghama
Koniec Steve’a Cunninghama
Ostatnia aktualizacja: Luty 29, 2012
Kariera świetnie znanego polskim fanom pięściarstwa, byłego mistrza świata IBF w wadze junior ciężkiej Steve’a „Uss” Cunninghama (24-4, 12 KO) wydaje się po ostatniej porażce z Yoanem Pablo Hernandezem (26-1, 13 KO), tak jak często i jej podmiot w ostatnich pojedynkach, leżeć na deskach.
Polscy kibice kojarzą Amerykanina w głównej mierze z jego nadwiślańskich występów przeciwko „Diablo” Włodarczykowi oraz jednej z najlepszych walk w historii wagi cruiser, jaką stoczył w grudniu 2008 roku w Newark z Tomaszem Adamkiem.
Bokserskie style mają to do siebie, że w zależności od tego, z jakich atrybutów pięściarza wynikają najbardziej, mają różny okres przydatności.
Zawodnicy, którzy kapitalizują w swoich pojedynkach głównie na refleksie, szybkości, czy pracy nóg, zwyczajowo starzeją się pięściarsko szybciej od tych, których największymi atutami jest wytrzymałość, kondycja, znaczna ilość wyprowadzanych ciosów, siła ciosu lub technika.
Naturalnie wszystkie te bokserskie przymioty się przenikają i każdy zawodnik z czołówki, aby w tej czołówce w ogóle zaistnieć musi mieć tak szybkość, jak i technikę czy kondycje na pewnym przyzwoitym poziomie.
Jednak fakt, że dla pewnych styli walki istnieją atrybuty ważne i ważniejsze można zobaczyć chociażby na przykładzie profanującego od jakiegoś czasu swoją legendę Roya Jonesa jr., który po tym jak stracił swój fenomenalny refleks, zgubił tak naprawdę 80% swojej dawnej wartości i wcześniej nietykalny, nagle zaczął raz za razem padać na wpół-przytomny na deski po ciosach rywali, dla których wcześniej byłby tylko znikającym punktem. Przykładem z drugiej strony monety jest „BIG” George Foreman; wielki, twardy i silny byk, o jednym z najmocniejszych uderzeń w historii, który dzięki temu, że bazował w swoim boksie na tych długowiecznych cechach, zdołał powrócić na ring po 10 latach przerwy i w wieku 45 lat odzyskać mistrzostwo świata wagi ciężkiej nokautując w 10 rundzie Michaela Moorera.
Steve „USS” Cunningham od początku swojej zawodowej kariery był typem zawodnika „spontanicznego”, nie metodycznego – przez co
rozumiem coś, cos w skrajnej postaci widzimy u bokserów od dziecka trenujących nad Renem.
Steve walczył luźno, rytmicznie, często z polotem, nieprzewidywalnie i angażował w sprawę sporo refleksu. Dodać do tego naturalną gibkość czarnoskórych i to właśnie rozumiem jako pewną pięściarską „spontaniczność”, ale to kwestia semantyczna.
Kwestia praktyczna przedstawia się tak, że Cunningham już nie jest taki „spontaniczny”, a jeżeli próbuje być, to wpada w duże kłopoty. Steve posiadał kiedyś wielką lekkość poruszania się po ringu, boksował idąc do przodu, na wstecznym, krążąc wokół rywala, wszystko to szybko, efektywnie i bez większego wysiłku. Świetnie mu to wychodziło dla przykładu w pojedynku z Guillermo Jonesem, którego prawie cały pojedynek skutecznie nie dopuszczał na odległość, z której ten mógłby rozkręcić swoją maszynkę i narzucić własne warunki walki. Gdzie była ta lekkość poruszania się w ostatnim pojedynku z Hernandezem?
Steve miał w przeszłości bardzo dobry refleks, była to jego główna linia obrony, bo Amerykanin nigdy nie miał świetnej gardy, to refleks i umiejętność walki w zwarciu gwarantowała skuteczność jego defensywie. Jak wyglądał ten refleks w ostatniej walce, kiedy Steve przyjmował na sztywno kolejne ciosy? Z tym refleksem łączyło się jednak znacznie więcej, także w ofensywie – „USS” zastawiał na rywali pułapki, wypracował nawet sobie pewną markową akcje, – odchylenie i po chwili błyskawiczny prawy bezpośredni kontrujący. Jak skuteczna była ta akcja w zeszłą sobotę?
Cunningham znany był ze skutecznej walki w zwarciu, w której dał lekcje boksu przygotowującemu się obecnie do walki z Aleksandrem Powietkinem, Marco Huckowi. Kiedy przejawiła się ta umiejętność w rewanżu z Kubańczykiem?
Amerykanin posiadał swojego czasu bardzo solidną szczękę, przed pojedynkiem z Tomaszem Adamkiem leżał na macie bodajże tylko raz w zawodowej karierze. A przecież bił się i przyjmował ciosy od potężnych puncherów – Marco Hucka, Krzysztofa Włodarczyka, Wayne’a Braithwaithe’a, całe serie od Guillermo Jonesa, nie dość, że po tych ciosach nie padał, to nie robiły one na nim większego wrażenia. W pojedynku z Adamkiem, w którym lądował na siedzeniu trzy razy, podnosił się prędzej niż upadał, bez oznak specjalnego zranienia. Później coś się z tą odpornością zaczęło mocno psuć…, niespodziewane deski z Troyem Rossem, chociaż tego Steve również nie wziął do siebie i w ogóle nie wyglądał na zamroczonego, ale już tak w pierwszej, jak i drugiej walce z Hernandezem widać było zdecydowany spadek odporności.
Cunningham nie tylko ledwo przeżył ciosy boksera ze średnią walk wygranych przez nokaut poniżej 50%, ale każdy kolejny czysty cios przyjmował z wyraźnym skrzywieniem, z pewnym strachem typowym dla bokserów ze szklaną szczęką.
Co więcej, Steve wyraźnie słabiej od swojego z natury niemrawego rywala zniósł kondycyjnie ten drugi ich pojedynek, dając mu dojść mocno do głosu w ostatnich rundach, co obiektywnie zaważyło o porażce. Szybkość, celność -……………, bez komentarza, kto widział Steve’a kiedyś, musi wiedzieć, ze to również było na zawstydzającym jak na niego wcześniej poziomie. Jedynie serce do walki nadal biło na hali we Frankfurcie bardzo donośnie, biorąc jednak za podstawową wartość kwestie zdrowotne, ktoś mógłby powiedzieć, że jest to czasami bardziej wada niż zaleta.
Podsumowując: nie dziwne, że tak słaby Cunningham nie sprostał poprzeczce zawieszonej mu przez „The Ring”, które po pierwszej kontrowersyjnej porażce z Hernandezem wstawiło go z powrotem na pozycje lidera swojego rankingu i nie zdołał również tym razem wygrać z solidnym Kubańczykiem.
Choroba, która jest przyczyną całej tej degrengolady Amerykanina z pewnością ma pewne podłoże w jego kontaktach z Donem
Kingiem. Nie jest tajemnicą, że zawodnicy tego promotora cierpią na zbyt rzadkie występy na ringu, co powoduje korodowanie i zacieranie się mechanizmów odpowiedzialnych za walkę na najwyższych obrotach. Szczególnie, kiedy są to mechanizmy stylów typowo wrażliwych na bezproduktywny upływ czasu. Konkretyzując, regres formy Cunninghama widać było już wyraźnie po długiej przerwie spowodowanej zmianą promotora, w walkach z Troyem Rossem i Enadem Liciną. Wielu się wtedy łudziło, że to sprawa tymczasowa, zakwaszenie do rozchodzenia, jak się jednak okazało był to regres trwały.
Niestety na tak szerokie upośledzenie podstawowych funkcji pięściarskich nie ma lekarstwa. Diagnoza musi być brutalna: Cunningham najprawdopodobniej nie ma już czego szukać w walce ze ścisłą czołówką. Pytanie, czy sam sobie zdaje z tego sprawę, bo jak uczy doświadczenie, wielu chorych na siłę wypiera ze świadomości objawy choroby. Taka postawa często prowadzi do pogorszenia ogólnego stanu chorego, a nawet, odpukać w niemalowane, do kalectwa. To jest zatem ten czas w bokserskim życiu Steve’a Cunninghama, kiedy ambicja i pragnienia materialne muszą zmierzyć się ze zdrowym rozsądkiem, A zdrowy rozsądek w swojej trzeźwości podpowiada: przyszedł na ciebie już czas, Steve.
Autor: Adam Rusiłowicz, Boxing.pl
Więcej o tych i innych tematach dotyczących boksu, na najstarszym polskim portalu pięściarskim – Boxing.pl


Skomentuj Program